Życie na walizkach szczęśliwej miss
Rozmowa z Katarzyną Borowicz, Miss Polonia 2004, Miss Publiczności Miss Polonia 2004, III Wicemiss Miss World 2004, II Wicemiss Miss Ziemi 2005 – tytuł Miss Earth Water, III Wicemiss Miss Europe 2006
Stanisław Furmaniak: Kasiu, zanim porozmawiamy o teraźniejszości, chciałbym na chwilę powrócić do 2004 roku. Był to zapewne ważny rok w Twoim życiu...
Katarzyna Borowicz: Był to dla mnie przełomowy rok, bo w ciągu chwili diametralnie zmieniło się moje życie. Wygrałam konkurs Miss Polonia, miesiąc później leciałam na wybory Miss Świata, gdzie zajęłam czwarte miejsce. I od tego tak naprawdę wszystko się zaczęło. Patrząc z perspektywy czasu, wiem, że bez konkursu Miss Polonia nie byłoby tego wszystkiego, co osiągnęłam do tej pory, ponieważ ludzie, których poznałam dzięki konkursowi mieli wpływ na moje dalsze życie i na to, co robię w tej chwili. Rok później kiedy oddawałam koronę, poznałam finalistkę konkursu Miss Polonia 2005 Martę Jakoniuk, która pracowała dla jednej z agencji modelek i właśnie ona w 2007 roku wysłała mnie do Mediolanu. Teraz tam spędzam większość czasu. Gdyby nie konkurs nie poznałabym Marty i nie zamieszkałabym w Mediolanie.
Czy wygrana w konkursie spowodowała, że obrałaś inną drogę zawodową niż wcześniej planowałaś?
Kilka dni temu byłam u swojej babci i zarówno ona, jak i siostra mojej mamy przypomniały mi, że kiedy jako mała dziewczynka spędzałam wakacje u nich na wsi, to często wraz z kuzynką robiłyśmy pokazy mody na podwórku, które służyło nam jako wybieg. Z racji tego, że moja mama ma siostry, miałyśmy z czego wybierać na pokazy: były ogromne zbiory biżuterii, butów, ubrań. Zatem już w dzieciństwie chciałam zostać modelką. Spełniły się słowa cioci, która mówiła mi, że w przyszłości zostanę albo modelką, albo aktorką.
|
|
Więcej…
|
Anioł ze wzgórz
Bajkowa okolica na Wzgórzach Dylewskich to wymarzone miejsce na siedliska, projekt, którego pomysłodawcą i animatorem jest Henryk Orfinger – prezes Laboratorium Kosmetycznego Dr Irena Eris
Martyna Bednarska-Ćwiek: Dlaczego Wzgórza Dylewskie?
Henryk Orfinger: Kilka lat po otwarciu pierwszego Hotelu SPA Dr Irena Eris w 1997 roku w Krynicy-Zdroju rozpocząłem poszukiwania terenu pod potencjalną inwestycję w promieniu 200-300 km na północ od Warszawy. Znalazłem ofertę sprzedaży olbrzymiego obszaru – 230 hektarów. Był to teren o charakterze pagórkowatym, popegeerowski, położony na granicy malowniczego parku krajobrazowego w sąsiedztwie Wzgórz Dylewskich i jednej z najwyżej położonych miejscowości polskich pojezierzy – Wysokiej Wsi. Teren był porośnięty chaszczami, przez które nie można było się przedrzeć. Kupiłem tę ziemię, nie będąc jeszcze pewnym czy zdecydujemy się na budowę hotelu.
Co sprawiło, że taka decyzja zapadła?
Podjęliśmy to ryzyko, mając świadomość, że miejsce jest piękne, ale też bardzo nietypowe. Ma dużo zalet, ale ma też jeden minus – mimo że znajduje się na urokliwych Mazurach, powszechnie kojarzonych z jeziorami, to jednak nie ma tu jeziora. Często życzliwi mi ludzie wyrażali obawy dotyczące powodzenia tego projektu. Poprosiliśmy w końcu pewną międzynarodową firmę hotelarską o profesjonalną opinię. Na podstawie opisu i wnikliwych analiz rynku hotelarskiego tego regionu zawyrokowano: nie budować. Ja jednak intuicyjnie wierzyłem w moje przedsięwzięcie i rozpoczęliśmy budowę.
|
|
Więcej…
|
Nie dam się wyrzucić z Poznania
Rozmowa z Ewą Wycichowską, dyrektorem naczelnym i artystycznym Polskiego Teatru Tańca
3 lutego br. Ewa Wycichowska otrzymała z rąk prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego tytuł profesora sztuk muzycznych. Poznanianka jest pierwszą tancerką, która otrzymała takie wyróżnienie. Jest to wydarzenie bez precedensu w historii polskiego tańca, nigdy dotąd nie zdarzyło się bowiem, aby tytuł profesora zwyczajnego otrzymała osoba łącząca spektakularną karierę wykonawczą, choreograficzną i menadżerską z wybitną aktywnością akademicką.
Stanisław Furmaniak: Pani Ewo, minął ponad miesiąc od nadania pani tytułu profesora. Oswoiła się pani już z nim?
Ewa Wycichowska: Tak naprawdę oswajam się z nim już od października ubiegłego roku, ponieważ wtedy otrzymałam z Kancelarii Prezydenta RP oficjalny dokument informujący mnie o tym fakcie. Podczas wręczenia nominacji obecnych było 130 profesorów z całego kraju. To, że stałam pośród nich traktuję jako osobisty zaszczyt, ale także jako sukces sztuki tańca w Polsce. Ta nominacja stała się kołem ratunkowym dla kierunku Pedagogika Baletu na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie, bez niej przy obecnych wymogach akredytacyjnych, te jedyne w Polsce studia kształcące pedagogów oraz podyplomowo – teoretyków tańca – mogły przestać istnieć. Przez wiele lat kierunek ten opierał się na dwu profesorach, z których jedna, prof. Janina Pudełek, zmarła a druga, prof. Irena Turska od dłuższego czasu nie jest już czynna zawodowo. Zabrakło w tej dziedzinie kadry, profesorów, samodzielnych naukowców. A na dodatek obie panie, u których zresztą przed laty studiowałam, były teoretykami, historykami tańca i baletu, a ja robiłam swoje stopnie kwalifikacji naukowej, po raz pierwszy poprzez dzieła choreograficzne, jako nauczyciel akademicki, ale także jako praktyk. Jest to zupełna nowość, która – mam nadzieję – skutecznie przetarła szlak dla innych. W moje ślady idą kolejne osoby, mam już wypromowanych 4 doktorów i jednego doktora habilitowanego.
Za wybitne osiągnięcia i dorobek pracy zawodowej została pani doceniona przez władze swojej uczelni oraz prezydenta RP. Czy na uznanie przez samorząd województwa wielkopolskiego również może pani liczyć, np. otrzymując po kilkudziesięciu latach „tułaczki” własną siedzibę dla Polskiego Teatru Tańca?
|
|
Więcej…
|
Mistrz nożyczek
Rozmowa z Leszkiem Czajką, fryzjerem, stylistą gwiazd i ambasadorem marki L'Oréal Professionnel
Stanisław Furmaniak: Pana praca wymaga dużej wyobraźni i zdolności artystycznych. Czy miał pan swojego mistrza, który wprowadzał pana w tajniki fryzjerstwa?
Leszek Czajka: Każdy, aby robić dobrze to, czym się w życiu zajmuje, musiał się tego nauczyć i powinien mieć swojego mistrza. Tak samo i ja miałem. Moją pierwszą mistrzynią, kiedy pracowałem jeszcze w Zakopanem, była moja szefowa pani Marta Przybyło. A drugim takim mistrzem, który wywarł na mnie duży wpływ i wrażenie, był Jacek Tatomir, pierwszy dyrektor artystyczny L'Oréal Professionnel w Polsce. Kiedy rozpoczynałem mój zawód, miałem szczęście uczyć się, będąc u niego na stażach. A później to oczywiście praca, praca i jeszcze raz praca oraz dalszy rozwój samego siebie. Owszem, można mieć talent, ale jeżeli go nie oszlifujemy, to on nigdy nie zabłyśnie. Jest to też taki zawód, w którym non stop trzeba się uczyć.
Zawód ten wymaga ciągłych szkoleń, podpatrywania nowinek. Gdzie pan się szkoli i skąd czerpie pomysły?
Do tej pory byłem w Stowarzyszeniu Wielkiego Fryzjerstwa Francji (Haute Coiffure Francaise). Miałem zatem dostęp m.in. do pokazów, które prezentowały kolekcje wiosna/lato i jesień/zima. Wszystko to odbywa się dwa razy do roku w Luwrze, w Paryżu. Bardzo dużo uczę się również indywidualnie i to nie tylko fryzjerstwa. Udzielam się na wielu płaszczyznach. Będąc ambasadorem marki L'Oréal Professionnel, mam dostęp do topowych nowinek, które wchodzą na rynek, chociażby seria ekologiczna do pielęgnacji włosów. Otrzymuję dużo materiałów, z którymi muszę się zapoznać i przyswoić teorię. Niebawem wejdzie nowa koloryzacja Inoa, zatem muszę umieć, oprócz teorii, zastosować ją w praktyce, dlatego trzeba tego wszystkiego dotknąć, nałożyć, zrobić próbę, przetestować. Tak wygląda codzienność, gdy nowe produkty wchodzą na rynek. Dodatkowo zdobywam wiedzę, jeżdżąc po świecie, do miejsc, które wiele wnoszą do mojej pracy, np. Nowy Jork, Paryż, Londyn. W swoich salonach zatrudniam wielu zdolnych ludzi, od których również się uczę, bo to nie jest tak, że uczymy się tylko od tych największych, ale również od tych, którzy są twórczy.
|
|
Więcej…
|
Obie strony Atlantyku należą do Susan Boyle!
„Wiele osób marzy o tym, by pojawić się w telewizji, o tym by nagrać płytę, by śpiewać dla ludzi. Chciałam spróbować, ale nawet przez chwilę nie myślałam, że zajdę tak daleko”.
Q: Dlaczego zdecydowałaś się wziąć udział w „Mam Talent”?
Susan Boyle: Oglądałam program w telewizji, jak wszyscy. Obiecałam mamie, tuż przed jej śmiercią, że zmienię coś w swoim życiu. Zgłosiłam się więc do „Mam talent”. Wypełniłam formularz i przeszłam wstępne eliminacje. Potem stanęłam przed jury i miałam na tyle szczęścia, że mnie wybrano.
Kiedy wypełniałaś formularz zgłoszeniowy, o czym myślałaś?
Po prostu skupiłam się na nim. Były tam pytania o przeszłość, o pseudonim artystyczny. Uznałam, że moje imię się nada. Nie wiedziałam czy potrzebuję pseudonim, czy nie.
Kto z poprzednich edycji programu Ci się podobał?
Glaswegians mi się podobali. Dopiero jednak kiedy wystąpiła chórzystka Faryl Smith, zrozumiałam, że ja też mogę temu podołać. Jest wspaniałą wokalistką. Życzę jej wszystkiego najlepszego. Paul Potts również był wyjątkowy. Fantastyczny głos. Zainspirował wiele osób. Wszystkich zwyczajnych ludzi, którzy po prostu lubią śpiewać. Skoro możesz śpiewać, pracując w Carphone Warehouse, możesz śpiewać wszędzie.
|
|
Więcej…
|
Lubię być zajęty
Rozmowa z Mateuszem Kusznierewiczem, żeglarzem regatowym, Mistrzem Świata w prestiżowej klasie Star i ambasadorem morskich spraw miasta Gdańsk
Zdobywca pierwszego w historii polskiego żeglarstwa złotego medalu olimpijskiego udowodnił w tym roku, że w biznesie radzi sobie tak samo dobrze, jak na łódce.
Stanisław Furmaniak: W ostatnim czasie można zobaczyć pana w wielu przedsięwzięciach biznesowych i nie jest to żeglarstwo. Czyżby chciał pan zamienić wodę na ląd?
Mateusz Kusznierewicz: W żadnym wypadku. Staram się po prostu jak najlepiej wykorzystać dłuższą przerwę przed kolejnymi intensywnymi treningami, które rozpoczną się już wkrótce. Przedsięwzięcia biznesowe, w które się w tym roku zaangażowałem, nazwałbym raczej logiczną kontynuacją działań związanych z moją sportową pasją. Proszę zwrócić uwagę na to, że wszystkie mają wspólny mianownik z żeglarstwem. Przystań Kusznierewicza w kaszubskiej wsi Swornegacie to miejsce wypoczynku powstałe z myślą o żeglarzach – zarówno tych, którzy pływają już od dawna, jak i tych, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki na łódce. Firma Dobre Jachty zajmuje się sprzedażą wysokiej jakości jachtów żaglowych i motorowych francuskiej stoczni Jeanneau. W przypadku portalu społecznościowo-informacyjnego MyZeglarze.pl już sama nazwa mówi za siebie…
|
|
Więcej…
|
Marek Bukowski – 40 lat to żaden kryzys
Rozmowa z Markiem Bukowskim, powracającym do aktorstwa w serialu TVP „Przystań”
Marek Bukowski swoją drogę zawodową rozpoczął od P.W.S.T. w Krakowie. Jeszcze przed otrzymaniem dyplomu zadebiutował główną rolą w filmie „Nad rzeką, której nie ma” w reżyserii Andrzeja Brańskiego. Nietuzinkowy talent Marka Bukowskiego doceniony został szybko przez krytyków i publiczność. W 1995 roku otrzymał prestiżową nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego, przyznawaną bardzo dobrze zapowiadającym się młodym aktorom, wyróżniającym się wybitną indywidualnością. Jako młody aktor urzekł widzów i stworzył niezapomniane kreacje m.in. w serialu „Dom”, w filmach „Nocne graffiti” czy „Pożegnanie z Marią”. Ostatnie lata były dla Marka Bukowskiego oddechem od aktorstwa, w tym czasie zajął się produkcją, reżyserią i zaczął pisać scenariusze (filmy: „Sukces” i „Blok.pl”). W 2008 roku otrzymał nagrodę Telewizji Polskiej za projekt najlepszego scenariusza do filmu opowiadającego o germanizacji dzieci Zamojszczyzny w okresie II Wojny Światowej. Od września widzowie mogą znów oglądać Marka na ekranach w popularnym serialu „Przystań”.
Stanisław Furmaniak: Marku, przez klika lat nie występowałeś w filmach. Teraz powracasz w roli Grzegorza, szefa drużyny ratowników WOPR w serialu „Przystań”. Porzuciłeś aktorstwo po to, by powrócić do niego po latach?
Marek Bukowski: To prawda, od czasu, gdy po raz ostatni wystąpiłem w filmie jako aktor minęło już prawie 10 lat. Najważniejsze jednak, że przez ten czas nie straciłem kontaktu z kinem. Powiem więcej, odkrywałem kino od innej strony – z drugiej strony kamery, jako reżyser i producent w filmach: „Sukces” i „Blok.pl”. Zacząłem także pisać scenariusze i ciągle pracuję nad nowymi projektami.
|
|
Więcej…
|
Artysta (nie) znany
Rozmowa z Michałem Kwiatkowskim, piosenkarzem, uczestnikiem 10. edycji Tańca z gwiazdami
Urodził się w Gorzowie Wielkopolskim, po maturze wyjechał do Francji. Podczas studiów na Sorbonie uczestniczył w castingach i dorabiał w piano-barze. W 2003 r. wystąpił na Festiwalu Piosenki Francuskiej w Splicie (Chorwacja), gdzie zaśpiewał piosenkę Place des lilias, zajmując 3. miejsce. Był to pierwszy utwór, który skomponował po francusku. Po tym sukcesie wziął udział w Star Academy. Wokalne zdolności doprowadziły go na podium. Do pełnego sukcesu zabrakło Michałowi bardzo niewiele, a zwyciężczyni Elodie Frege podzieliła się z nim główną nagrodą.
W kwietniu 2004 r. ukazała się we Francji jego pierwsza solowa płyta De l'or et des poussieres. Krążek odniósł duży sukces nad Sekwaną. Pod koniec 2006 r. Michał wydał singiel All alone with your gueule promujący kolejną płytę o tym samym tytule, wydaną w styczniu 2007 r. Wystąpił także (2001 r.) w programie Szansa na sukces. Wykonanie piosenki K.A.S.Y. Maczo zapewniło mu 2. miejsce.
Stanisław Furmaniak: Michale, od wydania Twojej pierwszej płyty De l'or et des poussieres, która ukazała się także w Polsce, minęło kilka lat. Teraz przyjechałeś do kraju, ale nie po to, by promować swoją kolejną płytę, ale by tańczyć. Czy zamieniłeś muzykę na taniec?
Michał Kwiatkowski: Byłbym ostatnim z głupków, gdybym to zrobił. Powiem brzydko, chciałbym trochę wykorzystać taniec... dla muzyki.
|
|
Więcej…
|
|
|